Zamek w niebiesiech

Sesja 3 - Bitwa pod Mearcred Creek i służba na granicy (AD 485-486)

czyli jak rycerze starli się z krwiożerczymi Sasami z Sussex

… pierwszy do szarży ruszył hufiec księcia Madoca w centrum armii Pendragona. Za nimi ruszyła lewa i prawa flanka. O ziemię załomotały końskie kopyta. Potężny huk poniósł się ponad wzgózami Sussex. Sasi oparci o niewielkie wzniesienie pochylili włócznie i postawili mur z tarcz. Na próżno. Pancerna pięść rycerstwa Brytów zmiotła pierwsze szeregi Sasów. W kilka chwil świeża trawa zaczerwieniła się od przelanej krwi. Sasi jednak nie odpuścili. Rycerze sir Amiga wdarli się głęboko w ich szeregi, gdzie ugrzęźli. Sir Amig, mimo iż był doświadczonym dowódcą, popełnił błąd. Nie dostrzegł, iż główne siły księcia Madoca zostały za nim. Na skrzydłach odwagi poszybował wprost w kierunku stanowiska króla Sasów – Aelle. Niewielki oddziałek Brytów błyskawicznie został otoczony przez saskich oszczepników i toporników. Padło trzech rycerzy, padli giermkowie, sir Amig został ranny, jednakże młodzi rycerze – Kaylleen, Daffyd i Moris ścinali kolejnych wrogów.
Bitwa trwała już dwie godziny. Sir Amig zdołał wydostać się z matni i dołączyć do sił księcia Madoca, który w otoczeniu rycerstwa próbował przedrzeć się do króla Aelle, rozciąć wielką falangę Sasów na dwie części i zakończyć w ten sposób bitwę. Nic z tego. Wojowie z Sussex ginęli, powoli cofali się, lecz walczyli tak samo zażarcie jak na początku bitwy. Brytyjskiemu rycerstwu udało się dotrzeć do podnóża niewysokiego wzgórza, wokół którego trwał uporczywie żelazny czworobok Sasów. Dźwięki trąb dały sygnał do kolejnej szarży. Książę Madoc, sir Amig i trzech dzielnych rycerzy po raz kolejny uderzyli na saski Scildweall – sławetny mur tarcz. Tym razem jeno zadrżał, ale nie pękł. Rycerze padali u jego stóp znoszeni potężnymi ciosami dwuręcznych toporów czy włóczni o szerokich grotach. Sir Daffyd niemal zginął rażony oszczepem. Ocalał dzięki giermkowi Gondywnowi, który odprowadził go na tyły. Moris i Kaylleen walczyli dalej. Ich ręce mdlały z wysiłku, lecz nie ustępowali. Napierali na Sasów, chcac wedrzeć się na piekielne wzgórze.

Po pięciu godzinach krwawego boju Uther Pendragon dal sygnał do odwrotu. Armia króla Aelle, choć pokrwawiona została na polu. Setki rycerzy tego dnia dało życie. Podstawowy cel -rozbicie południowych Sasów – nie został osiągnięty.

Armia Uthera, nie niepokojona przez wroga, zdołała wrócić do Salisbury. Działania wojenne zostały wstrzymane (poza rajdami i podjazdami). Dodatkowo okazało się, że na północy diuk Lucjusz poniósł klęskę pod Colchester. Pokonany przez Hengesta z Kent, zamknął się w mieście, pozwalając Sasom spustoszyć Caercolun. Setki Brytów poszło do saskiej niewoli. Nastroje były fatalne. Kiedy nadeszła wreszcie zima, bohaterowie powrócili do Sarum wraz z earlem Roderickiem. Tam też suweren nadał trzem rycerzom, którzy odznaczyli się podczas bitwy własne dwory. Sir Daffyd władał od tego czasu Brittmoat (na południe od Sarum). sir Moris przejął Shrewton (na północ od Amesbury), a sir Kaylleen otrzymał dwór Loughrea w pobliżu zamku Vagon.

Zima okazała się szczególnie szczęśliwa dla sir Daffyda, który dzięki wstawiennictwu swego suwerena znalazł żonę (ledwie miesiąc później czcigodna pani z dworu była juz przy nadziei, kilka miesięcy później miała urodzić się córeczka sir Daffyda).

Na wiosnę rycerze wraz z aerlem Roderickiem udali się do Windsoru, gdzie znajdował się królewski dwór. Tam też spotkali się z księciem Madokiem, który przywitał ich nad wyraz wylewnie i serdecznie. Książę przekazał im najnowsze wieści. Sasi co prawda spustoszyli Caercolun, ale diuk Lucjusz ma zamiar kontratakować, a sam król ruszyć po raz kolejny z wyprawą na najeźdźców. Na przeszkodzie może stanąć gość Uthera Pendragona – pretor Syagrius z Soissons. Rzymski władca z Soissons – ostatniej ostoi cesarstwa w zachodnim świecie z trudem odpiera ataki Franków króla Claudasa. Jesli Uther nie wesprze go, z pewnościa barbarzyńcy zdobędą Soissons. Madoc wyraźnie sprzeciwiał się wyprawie na kontynent, wszak Brytowie mają swoje problemy.

Ostatecznie król zdecydował się nie wesprzeć pretora, lecz szarpać Sasów przed kolejną wyprawą. Czynić to miał książę Madoc ze swoimi wiarusami. Bohaterowie wyraźnie liczyli na udział w tej wyprawie. Jakież było ich zaskoczenie, kiedy earl Roderick zdecydował się skierować ich do służby granicznej, a księciu wysłał jako wsparcie bardziej doświadczonych rycerzy.

Cóż, służba nie drużba. Młodzi rycerze choć rozżaleni, wykonali bez szemrania rozkazy i codziennie opuszczali zamek w Sarum, by objeżdżać grancie hrabstwa. Przez kolejne kilkanaście dni wykonywali swe obowiązki, choć nuda wręcz ich tłamsiła. Wydawało się, że AD 486 okaże się wyjątkowo jałowy, ale…

Jednego z kolejnych dni przejeżdżali wzdłuż granicy, kłócąc się ze sobą (ot, odmienne charaktery), kiedy nagle dosłyszeli rozpaczliwy krzyk starca. Tenże, stary pasterz, wołal gromko o pomoc. Cóż się okazało? Oto koza pasterza uciekła na pobliskie, strome wzgórze i nijak nie dawała się złapac. Jasne, rycerze powinni pomagać maluczkim, ale biegać za kozą? Kiedy jednak ujrzeli kozę i zobaczyli, że bydlę jest niemal wielkości konia, zaczęli się zastanawiać. Ostatecznie, nieufni ruszyli na szczyt wzgórza, chcąc jak najszybciej pochwycić rogatą bestyjkę. Kaylleen i Moris nie zsiedli nawet z koni, ale Daffyd – pamiętając, że jeszcze niedawno sam wypasał bydło – zsiadł z konia, zdjął zbroję i zaczął podchodzić rogaciznę…

Nagle wielki kwik przeszył powietrze. Koza, dotychczas spokojnie posilając się trawą, znalazła się w powietrzu. Trzymał ją za rogi mierzący 7-8 metrów gigant – trójoki olbrzym, który drugą ręka wyrwał drzewo i zamachnął się w kierunku bohaterów…

Comments

mistrz_gry

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.