Zamek w niebiesiech

Sesja 5 - Krwawy rajd księcia Madoca (AD 486-487)
czyli wcześniej Sas pohasał, teraz urżną mu...

Po ostatnim patrolu, gdzie rycerze musieli wpierw zmierzyć się z trójokim olbrzymem a potem nieczystym Nuckelavee, przyszedł czas na leczenie ran a potem powrót do obowiązków. Patrole upływały jeden za drugim, przygód jakoś nie było. Przeszło lato, nadeszła jesień, a wreszczie mróz skuł rzeki i strumienie, a śnieg pokrył bujną puszczę w Salisbury. Do Sarum, stolicy władztwa earla Rodericka zawitał nie kto inny a sam król Uther Pendragon. Świąteczny i wiosenny dwór królewski miał się odbywać właśnie tutaj, na ziemiach najbardziej lojalnego z królewskich wasali.

Wraz z królem Utherem przybył jego syn z nieślubnego łoża – książę Madoc. Poza tym dość egzotycznymi gośćmi okazała się grupa Rzymian z Galii wraz ze swoim przywódcą pretorem Syagriuszem oraz oficjalnym posłem pretora Curiusem Pluralisem.

Uczta świąteczna, w której wzięli udział niemal wszyscy znaczniejsi przedstawieciele ryceerstwa Logres, stała się okazją do obdzielenia prezentami. Król Uther obdarował swoich wasali. Earl Roderyck przekazał królowi piękne futro białego niedźdwiedzia z odległej Norwegii. Książę Madoc kazał wnieść kufry pełne złota i klejnotów, uszeregowanych wedle kolorów. Osobno szmaragdy i amteysty, osobno rubiny, osobno złoto i srebro. A przed królem rozścielił sztandary. Wszystko zdobyte w ciągu roku walk z Sasami.

Ale największy prezent przyniósł Merlin. Czarnoksiężnik wszedł jak zwykle nieproszony i, wykorzystując zaskoczenie panujące w sali królewskiej, wydobył spod płaszcza najpiękniejszy z mieczy – Excalibur, ten, który miał zjednoczyć Brytanię. Przekazał go królowi Utherowi, najgodniejszemu z godnych. Najwyższemu Królowi, by w sposób sprawiedliwy rządził Brytanią. Wtedy też wyszło na jaw, jak Merlin zdobył miecz i kto go ochronił przed niebezpieczeństwami. Jak łatwo się domyśleć chwała bohaterów wzrosła tym samym niepomiernie. Sir Daffyd wyjątkowo nawet zaczął się puszyć.

Czas zimy, to czas odpoczynku. Skończyła się uczta świąteczna. Rycerze wrócili do swoich włości. Daffydowi urodziła się kolejna córka, a sir Onuis dość skutecznie uderzał w amory do najpiękniejszej chyba z panien na dworze w Sarum – lady Adwen. Sir Kayleenowi zaginął w tym samym czasie wuj, a przy okazji wyjaśniła się przyczyna zaginięcia siostry Morisa. Otóż wdała się w romans z hrabią Milibeltem. Dzień jak co dzień, wtorek.

Na wiosnę rycerze otrzymali wezwanie do Sarum, toteż porzucili swe rodziny i stawili na żądanie swego suwerena. Czas był najwyższy. Earl Roderick poinformował bohaterów, że już wkrótce rusza do Lincoln, na północy Logres, towarzysząc w orszaku królowi Utherowi. Dobrze by było, gdyby młodzi rycerze towarzyszli mu w tej wyprawie, ale nie ukrywał, że książę Madoc miał dla nich inną propozycję. Otóż bitny potomek Uthera planował kolejną wyprawę przeciw znienawidzonemu najeźdźcy. Późną wiosną miał uderzyć na wybrzeże obu saskich królestw – Sussex i Kentu.

Taki też earl Roderyk dał wybór rycerzom. Ruszyć do Lincoln u jego i królewskiego boku lub wraz z księciem pustoszyć saskie wybrzeże. Rycerze, młoda i gorąca krew, krótko się naradzaili i zdecydowali się towarzyć w boju Madocowi.

Nim to jednak nastąpiło, należało się przygotować. Książę Madoc, niezwykle zadowolony z wyboru rycerzy, przedstawił ich swojemu admirałowi, Gwenwynwynowi, synowi Nafa, wielkiemu, brodatemu wojownikowi o głowie przyprószonej siwizną. Wtedy też bohaterowie mogli poznać wilki Madoca, którzy bardziej stylem bycia i uzbrojenia przypominali najemnych zbirów czy krwiożerczy wojów niźli szlachetnych rycerzy. Twardzi i mocni, uzbrojeni po zeby, o wilczych uśmiechach i ognistych spojrzeniach. Daffyd i Moris dość dobrze czuli się w nowym towarzystwie. Gorzej z Kayleenem, którego szlachetność i chrześcijańskie wartości niezbyt dobrze pasowały do krwawej bandy księcia Madoca.

Przygotowania biegły naprzód i chyba dobrze, bo bezczynny pobyt w Sarum tylko generował problemy. Sir Moris dał się sprowokowac jednemu z Rzymian, pech chciał, iż był to poseł Syagriusza (który pojechał w odwiedziny do diuka Gorloisa, zabiegając o wsparcie dla siebie w wojnie z rankami króla Chlodwiga) – Curius Pluralis. Zniewieściały Rzymianin, pobity przez Morisa, oczywiście poskarżył się Roderykowi, co skończyło się kilkoma dniami pobytu w wieży więziennej.

Ostatecznie książę Madoc z Gwenwynwynem, bohaterami (poza sir Onuisem, który zabradziażył nieco zbyt długo u lady Adwen) i dwiema setkami swych wilków opuścił Sarum i ruszył na południe. Kilka dni później drużyna księcia dotarła do portu Hantonne, gdzie przesiadła się na długie okręty. Rozpoczął się sławetny rajd Madoca.

Kilka dni później, zziębnięci rycerze, skulenie na pokladzie okrętów, w ciszy podpływali w pobliżu Pevensy, saskiej osady na wybrzęzu Sussex, do wybrzeża. Gwenwynwyn pewnie prowadził 9 okrętów eskadry na trzy długie łodzie Sasów. Wreszcie admirał dał znak, Brytowie Madoca ryknęli, naparli na wiosła i wpadli z impetem na zaskoczonych Sasów. To nawet nie była bitwa, lecz rzeź. Rycerze jako pierwsi przeskoczyli na pokład wrogiego okretu i w krótkiej walce ścięli swoich przeciwników. W kilka chwil było już po bitwie, a z Pevensy można było dostrzec trzy płonące żywym ogniem saskie okręty. Książę Madoc dał znak, że przybył z odwiedzinami.

16. dzień wyprawy. Zimny i mglisty świt. Rycerze, pozarastani i brudni, wraz z resztą towarzyszy szykowali się do kolejnej bitwy. U ujścia Dover sześć okrętów załadowanych Jutami z kontynentu oczekiwało starcia. Starcia, z którego nie mieli wyjść żywi. Doskonałe dowodzenie Madoca, furia jego wilków oraz kunszt wojenny czwórki rycerzy zrobił swoje. Żaden z Jutów nawet nie dotknął stopą ziemi Logres, ale i Brytowie ponieśli ciężkie straty. Już tylko 7 okrętów Brytów ruszyło dalej.

23. dzień wyprawy. Piękne, wiosenne popołudnie. Madoc, nie bacząc na niebezpieczeństwo, wpłynął siódemką swoich okrętów na Blackwater River. Spalił jedną z saskich osad, a następnie skierował się na pełne morze. nim jednak opuścił rzekę, na jednej z przybrzeżnych łach piasku obserwatorzy dostrzegli trzy opuszczone okręty Sasów. Sir Daffyd otrzymał dowództwo nad jednym z okrętów i zadanie do wykonania – spalić łodzie Sasów. Zaraz po wylądowaniu okazało się, że to pułapka. Na lądujących Brytów rzuciła się banda wojów saskich. Rozgorzał cięzki bój. Rycerze zdołali odeprzeć atak Sasów, ponosząc przy tym ciężkie straty. Ostatecznie Sasów rozbito a okręty spalono. Wyprawa Madoca ruszyła na północ. Opuściła wybrzeże Sussex i dotarła do Kent.

View
Sesja 4 - O Nucklelavee to opowieść straszliwa (AD 486)
czyli jak rycerze pomogli Merlinowi zmienić losy Brytanii

… rycerze jednakże nie przelękli się. Zwłaszcza sir Kayleen oraz sir Moris, którzy w pełnym pancerzu i konno podjeżdzali do wyrosłej nad podziw kozy. Nieco gorzej było z sir Daffydem. A jakże, ten równieżbez strachu ruszył na olbrzyma, ale wcześniej zdjął zbroję i zsiadł z konia. Teraz tylko rezolutny Gondwyn, giermek Daffyda, zdołał podać rycerzowi tarczę i miecz.

I rozpoczął się bój. Koniecznie krwawy. Koniecznie epicki. I wyjątkowo chaotyczny. Tak to wyglądało z perspektywy sir Onuisa, młodego piktyjskiego rycerza, którzy podróżował traktem nieopodal wzgórza. Dostrzegł on bowiem nieskoordynowany atak trójki rycerzy na olbrzyma, który wpierw cisnął w przeciwników głazem, a potem jął się od nich opędzac uprzednio wyrwanym z ziemi drzewkiem. Sir Onuis, szczupły, nieduży, lecz wielkiego serca, spiął konia i pognał w stronę walki. Włączył się w chwili, gdy już głaz zmiótł jednego z rycerzy z siodła, a chwilę potem cios drzewkiem dosięgnął kolejnego z nich. Jednakże rycerze nie próżnowali, cała czwórka (już z Onuisem) zadawała raz za razem ciosy, toteż gigant broczył już z wielu ran. Wreszcie został powalony ciosem miecza, a dzielni rycerze mogli chwilę odpocząć… zaraz po tym, jak urwą łeb niecnemu dziadowi, który posłał ich na pewną niemalże śmierć.

Ale cóż to? Dziad, miast lękać się reakcji rycerzy, zaczął się śmiać, a jego oblicze zafalowało i ostatecznie przybrało rysy czarnoksiężnika Merlina! Mag spojrzał na bohaterów rozbawiony, a następnie odwrócił się i ruszył w stronę ściany lasu, rzucając: “Za mną panowie rycerze! Próbę przeszliście, teraz czas na właściwe zadanie!”

Las jak las, początkowo rzadki, rozświetlony wiosennym słońcem, dość szybko przeszedł w gęstą, mroczną i wiekową knieję. Merlin parł prosto w kierunku brzegu pobliskiego jeziora. Po drodze wyjaśnił rycerzom, że ich zadanie jest proste. Mają go ochraniać.

Okazja do wykazania się nastąpiła dość prędko. Wpierw rycerze usłyszeli powolny, ciężki tętent. Pomiędzy drzewami zamajaczyła sylwetka jeźdźca dzierżącego dwa miecze. Salisburczycy rozwinęli szyk i odgrodzili Merlina od nadciągającego zagrożenia. Wrogi jeździec dosiadał ogromnego, obrosłego wodorastmi rumaka. Tak przynajmniej wydawało się początkowo, bo ledwie bestia dotarła do rycerzy, ci mogli dostrzec, iż to nie jeździec i konie, ale bestia z walisjkich legend – Nuckelavee – bluźnierczy centaur.

Walka była długa i zacięta. Padł cięzko ranion sir Kayleen, padł i sir Moris, ale ostatecznie rycerze powalili mocarnego Nuckelavee, a jego truchło rozpadło się w stertę zmokłych śmieci i przegniłego zielska.

Teraz rycerze mogli ruszyć za merlinem, który zdołał dotrzeć do jeziora i wsiąść do niewielkiej łódki. W niej to dopłynął na środek. Wówczas rycerze ujrzeli coś, co mieli na długo zapamiętać. Taflę jeziora rozbiła delikatna kobieca dłoń dzierżąca piękny miecz rycerski. Pani Jeziora podała oręż Merlinowi, a czarnoksiężnik wrócił na brzeg.

Po wszsytkim rycerze wraz z Merlinem wróciłi do Sarum. Sami zdali raport earlowi Roderykowi, a Merlin jak to Merlin zaginął na kilka kolejnych miesięcy, by objawić się dopiero podczas świąt narodzin Pańskich.

View
Sesja 3 - Bitwa pod Mearcred Creek i służba na granicy (AD 485-486)
czyli jak rycerze starli się z krwiożerczymi Sasami z Sussex

… pierwszy do szarży ruszył hufiec księcia Madoca w centrum armii Pendragona. Za nimi ruszyła lewa i prawa flanka. O ziemię załomotały końskie kopyta. Potężny huk poniósł się ponad wzgózami Sussex. Sasi oparci o niewielkie wzniesienie pochylili włócznie i postawili mur z tarcz. Na próżno. Pancerna pięść rycerstwa Brytów zmiotła pierwsze szeregi Sasów. W kilka chwil świeża trawa zaczerwieniła się od przelanej krwi. Sasi jednak nie odpuścili. Rycerze sir Amiga wdarli się głęboko w ich szeregi, gdzie ugrzęźli. Sir Amig, mimo iż był doświadczonym dowódcą, popełnił błąd. Nie dostrzegł, iż główne siły księcia Madoca zostały za nim. Na skrzydłach odwagi poszybował wprost w kierunku stanowiska króla Sasów – Aelle. Niewielki oddziałek Brytów błyskawicznie został otoczony przez saskich oszczepników i toporników. Padło trzech rycerzy, padli giermkowie, sir Amig został ranny, jednakże młodzi rycerze – Kaylleen, Daffyd i Moris ścinali kolejnych wrogów.
Bitwa trwała już dwie godziny. Sir Amig zdołał wydostać się z matni i dołączyć do sił księcia Madoca, który w otoczeniu rycerstwa próbował przedrzeć się do króla Aelle, rozciąć wielką falangę Sasów na dwie części i zakończyć w ten sposób bitwę. Nic z tego. Wojowie z Sussex ginęli, powoli cofali się, lecz walczyli tak samo zażarcie jak na początku bitwy. Brytyjskiemu rycerstwu udało się dotrzeć do podnóża niewysokiego wzgórza, wokół którego trwał uporczywie żelazny czworobok Sasów. Dźwięki trąb dały sygnał do kolejnej szarży. Książę Madoc, sir Amig i trzech dzielnych rycerzy po raz kolejny uderzyli na saski Scildweall – sławetny mur tarcz. Tym razem jeno zadrżał, ale nie pękł. Rycerze padali u jego stóp znoszeni potężnymi ciosami dwuręcznych toporów czy włóczni o szerokich grotach. Sir Daffyd niemal zginął rażony oszczepem. Ocalał dzięki giermkowi Gondywnowi, który odprowadził go na tyły. Moris i Kaylleen walczyli dalej. Ich ręce mdlały z wysiłku, lecz nie ustępowali. Napierali na Sasów, chcac wedrzeć się na piekielne wzgórze.

Po pięciu godzinach krwawego boju Uther Pendragon dal sygnał do odwrotu. Armia króla Aelle, choć pokrwawiona została na polu. Setki rycerzy tego dnia dało życie. Podstawowy cel -rozbicie południowych Sasów – nie został osiągnięty.

Armia Uthera, nie niepokojona przez wroga, zdołała wrócić do Salisbury. Działania wojenne zostały wstrzymane (poza rajdami i podjazdami). Dodatkowo okazało się, że na północy diuk Lucjusz poniósł klęskę pod Colchester. Pokonany przez Hengesta z Kent, zamknął się w mieście, pozwalając Sasom spustoszyć Caercolun. Setki Brytów poszło do saskiej niewoli. Nastroje były fatalne. Kiedy nadeszła wreszcie zima, bohaterowie powrócili do Sarum wraz z earlem Roderickiem. Tam też suweren nadał trzem rycerzom, którzy odznaczyli się podczas bitwy własne dwory. Sir Daffyd władał od tego czasu Brittmoat (na południe od Sarum). sir Moris przejął Shrewton (na północ od Amesbury), a sir Kaylleen otrzymał dwór Loughrea w pobliżu zamku Vagon.

Zima okazała się szczególnie szczęśliwa dla sir Daffyda, który dzięki wstawiennictwu swego suwerena znalazł żonę (ledwie miesiąc później czcigodna pani z dworu była juz przy nadziei, kilka miesięcy później miała urodzić się córeczka sir Daffyda).

Na wiosnę rycerze wraz z aerlem Roderickiem udali się do Windsoru, gdzie znajdował się królewski dwór. Tam też spotkali się z księciem Madokiem, który przywitał ich nad wyraz wylewnie i serdecznie. Książę przekazał im najnowsze wieści. Sasi co prawda spustoszyli Caercolun, ale diuk Lucjusz ma zamiar kontratakować, a sam król ruszyć po raz kolejny z wyprawą na najeźdźców. Na przeszkodzie może stanąć gość Uthera Pendragona – pretor Syagrius z Soissons. Rzymski władca z Soissons – ostatniej ostoi cesarstwa w zachodnim świecie z trudem odpiera ataki Franków króla Claudasa. Jesli Uther nie wesprze go, z pewnościa barbarzyńcy zdobędą Soissons. Madoc wyraźnie sprzeciwiał się wyprawie na kontynent, wszak Brytowie mają swoje problemy.

Ostatecznie król zdecydował się nie wesprzeć pretora, lecz szarpać Sasów przed kolejną wyprawą. Czynić to miał książę Madoc ze swoimi wiarusami. Bohaterowie wyraźnie liczyli na udział w tej wyprawie. Jakież było ich zaskoczenie, kiedy earl Roderick zdecydował się skierować ich do służby granicznej, a księciu wysłał jako wsparcie bardziej doświadczonych rycerzy.

Cóż, służba nie drużba. Młodzi rycerze choć rozżaleni, wykonali bez szemrania rozkazy i codziennie opuszczali zamek w Sarum, by objeżdżać grancie hrabstwa. Przez kolejne kilkanaście dni wykonywali swe obowiązki, choć nuda wręcz ich tłamsiła. Wydawało się, że AD 486 okaże się wyjątkowo jałowy, ale…

Jednego z kolejnych dni przejeżdżali wzdłuż granicy, kłócąc się ze sobą (ot, odmienne charaktery), kiedy nagle dosłyszeli rozpaczliwy krzyk starca. Tenże, stary pasterz, wołal gromko o pomoc. Cóż się okazało? Oto koza pasterza uciekła na pobliskie, strome wzgórze i nijak nie dawała się złapac. Jasne, rycerze powinni pomagać maluczkim, ale biegać za kozą? Kiedy jednak ujrzeli kozę i zobaczyli, że bydlę jest niemal wielkości konia, zaczęli się zastanawiać. Ostatecznie, nieufni ruszyli na szczyt wzgórza, chcąc jak najszybciej pochwycić rogatą bestyjkę. Kaylleen i Moris nie zsiedli nawet z koni, ale Daffyd – pamiętając, że jeszcze niedawno sam wypasał bydło – zsiadł z konia, zdjął zbroję i zaczął podchodzić rogaciznę…

Nagle wielki kwik przeszył powietrze. Koza, dotychczas spokojnie posilając się trawą, znalazła się w powietrzu. Trzymał ją za rogi mierzący 7-8 metrów gigant – trójoki olbrzym, który drugą ręka wyrwał drzewo i zamachnął się w kierunku bohaterów…

View
Sesja 2 - Saxones ante portas! (AD 485)
czyli jak to rycerzy pasowano i wysłano na wojnę

middle-ages-knighting-granger.jpg
Po polowaniu na niedźwiedzia z Imber oraz rozbiciu bandy banitów na trakcie trójka giermków powróciła do zamku Vagon. Ledwie schronili się za drewnianymi wierzejami grodu sir Elad, jego kasztelan przywitał ich. Z wyraźnym ukontentowaniem wysłuchał ich opowieści, a następnie przekazał, iż za ledwie 2-3 dni wyruszą wraz z nim i częścią obsady zamku do Sarum, gdzie czeka na nich earl Roderyk – władca Salisbury. Fakt ściągania części garnizonów mówił jedno – szykuje się wojna z Sasami.

Owe dwa dni bohaterowie spędzili na przygotowaniach. Moris zorganizował sobie grupę wojaków, z którymi ćwiczył się w robieniu żelazem. Kaylleen oddał się modłom, a Daffyd jak przystało na dziecko natury, oddał się rozmyślaniom, wylegując się w gaju poza grodem.

Wreszcie trójka bohaterów ruszyła na trakt. Przewodził im surowy i nieskory do prawienia komplementów sir Elad. Do Sarum przybili następnego dnia. Elad nie oszczędził im wpierw kilku pytań, które obnażyły niewiedzę bohaterów na temat ziem Roderyka, a następnie wykładu o założeniu Salisbury przez Salisa, wojownika z armii Brutusa, a następnie ufundowaniu przez tegoż Sarum. Miasto ponoć imię wzięło po pięknej żonie Salisa pochodzącej z rodu Fey zamieszkującego wzgórze Silbury. Bohaterowie, przysłuchując się jednym uchem opowieści starego rycerza, drugim chłonęli odgłosy miasta. Rumor, gwar, szum, terkot wozów, pokrzykiwania kupców, kucie stali w pobliskiej kuźni. Podziwiali kamienne zabudowania opactwa benedyktyńskiego czy katedry Błogosławionej Dziewicy Marii. Wreszcie po wąskiej grobli wjechali do położonego w centrum miasta Zamku Królowej, bo tak na co dzień zwano siedzibę earla Roderyka.

Earl przywitał osobiście sir Elada, dokonał przeglądu przywiedzionego przez niego oddziału, a potem podszedł do trójki giermków i powiedział, że za dwa dni odbędzie się uroczystość, o której marzyli od lat. Mieli być pasowani na rycerza. Czasy ciężkie, wojna idzie, więc krótko potem być może wezmą udział w wojnie z Sasami. Póki co jednak mieli sie przygotować do najważniejszego dnia w swoim życiu.

No cóż. Pierwszego dnia, nasi dzielni herosi, spędzili w mieście, oprowadzani przez młodego giermka sir Leo (jednego z rycerzy Roderyka) – Irraesa. Wysluchali kolejnych opowieści o założeniu miasta, niektórzy się schlali (vivat Daffyd, który po pijanemu przechwlał się, jak to będzie rezać Sasów!) Wreszcie Kaylleen zaznajomił się z sir Amigiem, kulawym kasztelanem zamku Tilshead i zarazem jednym z najlepszych wodzów earla.

Wreszcie nadszedł dzień pasowania. Giermkowie, na oczach nobilów Salisbury, stali się rycerzami, dzięki czemu mogli wziąć udział w naradzie wojennej. Okazało się, że czas nagli. Król Uther Pendragon zbiera w Leicester (Lindsey) armię, w Sussex król Sasów Aelle. Jego sprzymierzeniec – król Hengest z Kent – szykuje się do wojny. Tym bardziej nowo pasowani rycerze byli zaskoczeni, gdy Roderyk zdecydował, iż zostaną wraz z resztą garnizon w Sarum. Sir Daffyd, popędliwy i prosty, zareagował jako jedyny, prosząc o zmianę zdania. Władca Salisbury spojrzał ostro na młodego rycerza, a potem przypomniał mu, jak to podczas nocnej popijawy przechwalał się swoimi przyszłymi przewagami wojennymi i… zgodził się na uczestnictwo trójki rycerzy w wyprawie. To nie był jednak koniec. Oto sir Amig poprowasił earla, by ten przydzielił młodych do jego doborowego oddziału rycerzy z Tilshead.

Tak oto dzień później bohaterowie ruszyli w orszaku earla do Lecester. Podróż upłynęła na służbie w oddziale sir Amiga. leicester okazało się pokaźnym miastem, teraz zapchanym do granic możliwości. Na błoniach obozowały oddziały wojska z Salisbury, Silchester, Caercolun i kilku innych hrabstw. Samego Uthera nie było, ale naradom przewodził jego nieślubny syn i prawa ręka – ponury sir Madoc ap Uther. Książę, z natury poważny, w te dni był wyjątkowo zasępiony. Jednego z wieczorów sir Moris zastał go siedzącego w głównej sali zamku, spoglądającego w dogasający ogień. Zagadnięty, sir Madoc okazał się przyjaznym człowiekiem. Przynajmniej dla Morisa. Wieści jednak najlepszych nie miał. Sasi łącznie moli wystawić ok. pięciu tysięcy wojów przeciw trzem Uthera. Przeklęty diuk Gorlois z Kornwalii nie przybył ze swoimi oddziałami. Merlin wciąż był nieobecny, więc nie mógł wspomóc magią króla Brytów, a działać trzeba było. W ciągu najbliższych kilku dni armia Uthera miała się rozdzielić. Diuk Lucjusz z Caercolun (też obecny w Leicester) miał ze swoimi ludźmi zablokować marsz Hengesta, a Uther rozbić w walnej bitwie armię Aelle z Sussex.

Minęło kilka dni. Uther powrócił do Leicester. Będąc popędliwym władcą, zdecydował się ruszyć, nie czekając na brakujących wasali (w tym diuka Gorloisa). Dziewięciodniowy marsz zakończył się nad błotnistą rzeczką Mearcred Creek. Po drugiej stronie, w oparciu o łagodne wzgórze swoje siły rozwinął w długą falangę król Sussex – mężny i sprytny Aelle. Przed rzeczką hufce Uthera stanęły w równych czworobokach. W centrum dowodził książę Madoc, a wśród jego sił w dwu liniach stanął oddział sir Amiga wraz z trójką młodych rycerzy. Jeden z nich – sir Kaylleen dzierżył wielki sztandar z herbem sir Amiga – dziewięcioma czarnymi kołami na szarym tle.

Trójkątny proporzez ze smokiem Pendragona zaczął łopotać na wietrze. Jego drzewce dwukrótnie pochyliło się, dając znak do szarży na Sasów…

View
Sesja 1 - Witaj wesoła przygodo! (AD 485)
czyli jak dzielni rycerze upolowali Niedźwiedzia z Imber

To był ostatni dzień ich szkolenia w zamku Vagon i zarazem jeden z ostatnich dni wiosny. Ledwie rok wcześniej król Uther doznal upokarzającej porażki pod Eburcum i choć potem rozbił Saksonów na górze Damen, to poniesione straty wśród rycerstwa niemal okaleczyły jego armię. AD 485 miał być kolejnym rokiem walki o przetrwania monarchii Celtów w Brytanii. Nic dziwnego, że król zdecydował się wręczyć rycerski pas wielu młodzianom z podłegłych mu ziem. Dotyczyło to również trzech młodzieńcó z Salisbury – Daffyda, Kayleena oraz Morisa. Tego dnia czekał ich ostatni test.

Sir Elad – kasztelan zamku Vagon stanął przed nimi i spokojnym cichym głosem oznajmił, iż w ciągu kilku dni powrócą do Sarum, gdzie staną przed obliczem earla Rodericka. Pierwej jednak muszą po raz kolejny udowodnić, że są godni tego zaszczytu.

Zaczęli w zasadzie od rozgrzewki, prostego najazdu z kopią na nieruchomy cel – słomianą kuklę z tarczą i imitacją korbacza. Każdy z giermków bez trudu trafił cel, unikając upokarzającego smagnięcia sznurem zakończonym drewnianą kulą.

Kolejna próba była już dużo bardziej wymagająca. Wyścig wokół zamku Vagon. Zwycięsko z niej wyszedł Moris, który nie dość, że był dobry jeźdźcem, to dosiadał prawdziwego skarbu – chyżego jednochodźca z Camargue. Śmigłemu wierzchowcowi nie mogli sprostać ani Kayleen na rosłym Shanahanie – destrierze z dalekiej Francji czy dosiadający pękatego, bojowego kuca – Daffyd. Obaj giermkowie dojechali do mety długo po Morisie.

Po wszystkim Sir Elad pokiwał głową i rzekł:
- We wsi Imber krwiożerczy niedźwiedź atakuje poddanych earla. Ruszajcie tam i pokonajcie go, a na miejscu zdajcie się na pomoc Starego Garra, księdza i przywódcy osady.

Trójka bohaterów ruszyła szerokim traktem na zachód, pozostawiając za sobą zabudowania Vagon. Słońce miło przygrzewało, a pokryte soczystą zielenią drzewa rzucaly przyjemny cień na podróżnych. Pół dnia upłynęło na miłej pogawędce i kłótniach Kayleena z Daffydem. Wreszcie giermkowie dotarli do nędznych chat i szałasów pośród wiekowych drzew Puszczy Morgany – do Imber. Przywitał ich tutaj starszy, szczupły i lekko przygarbiony Garr zwany Starym. On to opowiedział, jak to ostatnio wielkia, brunatna bestia zaatakowała mieszkanców Imber, raniąc trzech z nich.

Giermkowie szybko zorganizowali wyprawę z mieszkańców wioski z gończymi psami i ruszyli w las. Przez kilka godzin tropili starego samca i zacieśniali wokół niego pierścień obławy. Kiedy jeden z nich tracił trop, bo i miś był dość sprytny, to inny go odnajdywał i gromko dawał znać, gdzie się skrywa bestia. Ostatecznie trójka bohaterów dopadła niedźwiedzia i po krótkiej i zażartej walce go pokonała. Niedźwieź jeszcze przed śmiercią zdążył pokancerować każdego z nich, lecz ostatecznie padł martwy. Giermkowie zabrali ze sobą skórę, wpiew oddawszy mieszkańcom Imber mięso, i ruszyli w drogę powrotną.

Kto myślał, że to koniec ich przygód, grubo się mylił. Ledwie dwie mile za wioską znaleźli na trakcie trupa człowieka. Ślady wskazywały na bandytów. Uważne oczy Morisa dostrzegły w lesie, przy trakcie przygotowaną pułapkę. Bandyci nie zamierzali jednak rezygnować z ataku. Zastąpili młodym wojownikom drogę. Na swa zgubę. Walkę rozstrzygnęła jedna szarża. Moris i Kayleen rozbili szyk rzezimieszków, a natarcie Daffyda dopełniło klęski. Giermkowie bez trudu pokonali całą piątkę zbójców. Dwu ubili, a trzech rannych wzięli do niewoli i wieczorem dotarli do zamku Vagon, gdzie zostali godnie przywitani przez sir Elada.

Teraz pozostało im już tylko wyleczyć rany i ruszyć do Sarum, gdzie mieli być pasowani na rycerzy.

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.